poniedziałek, 19 września 2016

Uwaga, konkurs! :)

Cześć, dziewczyny, tu Autorka. Słuchajcie, wpadliśmy z Wydawcą na pomysł. Tutaj poniżej jest opis, a ja Wam tylko powiem, że nagroda - oprócz nowiutkiej "Leśnej Polany" - będzie... super. Może spełni się marzenie którejś z Was? :D Do dzieła dziewczęta.

Wydawnictwo chce przygotować krótki film pokazujący, jak bardzo czytelniczki lubią powieści Katarzyny Michalak. Dlaczego te książki są dla Was ważne? Co w nich odnajdujecie dla siebie? Czy zmieniają coś one w Waszym życiu? Jakich emocji szukacie najczęściej w tych historiach? I jak to jest, że sięgacie wciąż po kolejne, i kolejne, i kolejne historie? 

Co trzeba zrobić?
- nagraj telefonem lub kamerą swoją wypowiedź zawierającą odpowiedzi na jedno, kilka lub wszystkie z powyższych pytań (pamiętaj o dobrym świetle i dźwięku);
- prześlij nagranie na adres film@znak.com.pl;
- my wybierzemy 10 nagrań, które po zmontowaniu udostępnimy w internecie, a autorów tych nagrań nagrodzimy niezwykłą niespodzianką, specjalną przesyłką z nowiutkim egzemplarzem „Leśnej Polany” i... czymś jeszcze. Ale to tajemnica. :)
- i nie zapomnij, że to jest tylko dobra zabawa.
- czekamy na wasze zgłoszenia do końca września. :)


piątek, 16 września 2016

Leśna Polana Odcinek 9...

w którym Majka wkracza do akcji i pokazuje pazurki...


– Słuchaj, bracie, czy jestem wam pilnie potrzebny, czy mogę zabalować w tym Krakowie trochę dłużej? – rozległ się w telefonie Wiktora głos Marcina. Ponieważ w pokoju był Patryk, Wiktor przełączył na głośnomówiący.
Tak ci się wolność spodobała?
– Gdy wrócę i wam opowiem, gdzie i z kim spędziłem ostatnią noc, nie uwierzycie... – Zaczął się śmiać. Tak szczerze i serdecznie, że Wiktor posłał Patrykowi zdumione spojrzenie.
– Jak ciebie znam... – zaczął, ale Marcin przerwał mu:
– Nawet nie próbuj zgadywać. Mogę zostać, czy mam wracać?
– Ćpałeś coś? – zapytał podejrzliwie Patryk. Tak radosnego bliźniaka o tak wczesnej porze chyba nigdy nie słyszał.
– Ja nie ćpam, od kiedy przyrzekłem wam, że więcej tego nie zrobię – wycedził tamten. – I jestem niemal zupełnie trzeźwy. Nie byłem również na dziwkach.
– To nie wiem, z czego możesz być tak zadowolony...
Tamten znów się roześmiał.
– Mnie samego to dziwi, ale okazuje się, że można super spędzić noc bez picia na umór, kobiet i narkotyków, jeśli się znajdzie fajne towarzystwo. Opowiem wam jutro, bo dziś jesteśmy umówieni na powtórkę. Nara.
– Umówieni? Był w klubie dla gejów, czy co? – Patryk patrzył na gasnący wyświetlacz telefonu Wiktora równie zdumiony, co starszy brat.
– Tak się kończy spuszczenie ze smyczy – mruknął Wiktor. – Ciebie chyba przytrzymam na niej nieco dłużej.
– Jak będę chciał, to sam się zerwę – prychnął Patryk. – Jestem pełnoletni, braciszku, choć często zdajesz się o tym zapominać. Jedziesz ze mną do Pułtuska kupować tę swoją ruinę, czy mam cię wyręczyć?
– Jedź sam. Za bardzo mi na niej zależy. Gdyby coś poszło nie tak, chyba by mnie krew zalała.
– Mam umowę przedwstępną, Gomółkowie już pewnie przepili zaliczkę, więc co może stanąć nam na przeszkodzie? – Patryk wzruszył ramionami, pożegnał się żartobliwym salutem i ruszył do drzwi, pobrzękując kluczykami od porsche.
Pewnie by się zdziwił, gdyby mu powiedziano, że to coś, czy raczej ten ktoś, kto stanie braciom Prado na drodze do Leśnej Polany, właśnie podjeżdża pod nią śliczną czerwoną mazdą.

Majka wysiadła pod domem, skąpanym w promieniach popołudniowego słońca, już zupełnie spokojna. Wcześniej poprawiła w lusterku wstecznym makijaż, przejechała błyszczykiem po ustach i teraz, brodząc w niekoszonej od dawna trawie, wdychała świeże, leśne powietrze i cieszyła się mimo wszystko urokiem tego miejsca. Zapachem kwitnącej lipy, śpiewem ptaków, żywą zielenią otaczającej ją przyrody. Może taki domek w lesie to niegłupi sposób na rozpoczęcie nowego życia? Może ona sama powinna znaleźć podobny azyl dla siebie i uciekać przed swoimi demonami do leśnej głuszy, zamiast w ramiona coraz to nowych, obcych facetów? Trzeba się nad tym zastanowić...
Usiadła na ławeczce pod lipą, przymknęła powieki i przez długą rozkoszowała się chwilę spokojem panującym dookoła. Nagle gwałtownie otworzyła oczy i wbiła spojrzenie w okno, gdzie powinna być tabliczka z numerem telefonu.
Zniknęła!
Majka poderwała się na równe nogi. Błogi spokój prysł jak bańka mydlana.
Może spadła? Podbiegła pod dom, przeszukała okolice, obiegła go dookoła. Tabliczki nigdzie nie było.
Szarpnęła za klamkę. Drzwi ani drgnęły.
I co teraz? Przecież nie zadzwoni do Gabrieli jak gdyby nigdy nic, zapytać o ten numer telefonu! Musi znaleźć właścicieli, tylko gdzie ich szukać?!
U sołtysa – podpowiadał rozsądek. Tyle że Majka nie wiedziała nawet, co to za wieś! Na szczęście wiedział to jej smartfon...
– Bardów Duży – powtarzała za aplikacją, wskakując za kierownicę i ruszając tak gwałtownie, jakby od znalezienia sołtysa miało zależeć jej życie. – Może być i Bardów, nawet Duży, byle ten dom był nadal na sprzedaż, bo jeśli się okaże, że to już nieaktualne... – Wolała nawet nie myśleć, co wtedy. Musiałaby siłą wyrwać go z gardła nowym właścicielom, bo może jej życie od posiadania Leśnej Polany nie zależało, ale już życie Gabrysi owszem.
Nawigacja co chwila traciła zasięg i orientację, gdzie w ogóle się znajdują, więc Majka błądziła nieco, zanim wyjechała w końcu na główną drogę wsi. Potem – a wokół żywego ducha, którego można podpytać – musiała jeszcze odnaleźć dom sołtysa, odszukać go w oborze, odganiając ujadającego kundla i...
– Nie, pani, ta chałupa w lesie nie należy do Bardowa. Ej, Kazek, ta chałupa w lesie…
– Jaka chałupa? – rozległo się z drugiej strony obory, zupełnie jakby ów Kazek nie przysłuchiwał się przez cały czas, o czym sołtys rozmawia z miastową.
– No ta, z balkonem.
– Aaaa, ta. To już chyba Środoń.
– A nie Przygodne czasem?
Kazek podszedł, zdjął czapkę i zafrasowany drapał się długą chwilę w łysą czaszkę.
– Może być i Przygodne.
– Taaa, to chyba Przygodne. Pani tam popyta.
– A gdzie jest to Przygodne? – Majka naprawdę starała się być grzeczna i cierpliwa, ale kosztowało ją to coraz więcej wysiłku. Czuła, że czas się kończy i to przeczucie jeżyło jej włosy na karku.
Sołtys wyszedł na drogę i zaczął tłumaczyć tak zawile, że Majka straciła orientację już po „starej wierzbie na rozstajach”.
– Ale prościej będzie, jeśli wrócisz pani na główną asfaltówkę i skręcisz w pierwszą w lewo, za drogą do tej chałupy. Na końcu to właśnie Przygodne.
Majka miała ochotę go skląć, bo od tego mógł zacząć, zamiast tego jednak podziękowała grzecznie, zawróciła niemal w miejscu swoją mazdą i pognała wyboistą drogą ku asfalcie, tak jak ją ponownie ogłupiała nawigacja usiłowała poprowadzić.
Na szczęście drogę do Przygodnego znalazła szybciej. Ale już sołtysa wcale. Dom z czerwoną tabliczką był zamknięty na głucho.
Za to zza płotu wychylił się ciekawski sąsiad. Takie samochody – nieco już przykurzone – i takie kobiety, całkiem przyjemne dla oka, rzadko w tych okolicach widywano.
– Sołtys w mieście, do doktora pojechał z dzieciakiem – wyjaśnił, zanim zdążyła zadać pytanie.
Szczęśliwa, że ktoś życzliwy chce jej pomóc, podbiegła do rosłego, barczystego faceta, który  taksował ją wzrokiem, żując od niechcenia źdźbło trawy.
– Ja właściwie nie o sołtysa chciałam zapytać, a o właścicieli domu w lesie, tej starej chałupy z balkonem – wyjaśniła na jednym oddechu.
– Aaa... O Gomółków...
– T-tak, o Gomółków. Wie pan może...?
– Co sobie będziemy „panować”, Marian jestem. – Wyciągnął do niej przez płot wielką jak łopata, spoconą rękę. Uścisnęła ją i rzuciła pospiesznie:
– Majka. Więc ci Gomółkowie, to...
– Może wstąpisz na herbatę albo kawę? Żona jeszcze w pracy... – zawiesił głos z nadzieją, że ta piękna istota rzeczywiście skorzysta z zaproszenia, a wtedy... kto wie, co mu da za informację o Gomółkach.
– Z chęcią, ale nie teraz. Spieszę się. To sprawa życia i śmierci – odparła, rzeczywiście coraz bardziej wierząc, że tak jest.
– Młodzi Gomółkowie opijają sprzedaż tej chałupy... – zaczął.
Majka jęknęła. Nogi się pod nią ugięły i musiała się przytrzymać płotu.
– A starsi u notariusza, podpisują papiery.
Natychmiast się wyprostowała.
– U którego notariusza? Wiesz może? Proszę... – Złożyła błagalnie dłonie.
– A dasz chociaż buziaka? – Uśmiechnął się szeroko.
– Dam, ale nie teraz. U którego...?
– W mieście.
– W Warszawie?! – Znów jęknęła. W oczach rozbłysły jej łzy frustracji i zawodu.
– Nie we Warszawie, tutaj, w Pułtusku.
I znów przypływ nadziei. W Pułtusku musi być nieco mniej notariuszy niż w Warszawie. To pewne.
– Wiesz może, u którego? Na jakiej ulicy?
Ale Marian już wzruszał ramionami, a ona już biegła do mazdy, pytając swój smartfon o kancelarie notarialne w Pułtusku.
W pierwszej żadnych Gomółków nie znalazła. W drugiej również nie. Dopiero w trzeciej...

piątek, 2 września 2016

Leśna Polana Odcinek 8...



 ... w którym Gabrysia wraca do bolesnych wspomnień.

Nad Warszawą powoli zapadał wieczór.
Wiktor stał w oknie swego wspaniałego apartamentu, patrzył przed siebie na rozświetlające się latarniami miasto i słuchał Marcina, który przez telefon zdawał mu dokładną relację ze stanu kamienicy.
- Wiesz co? – przerwał mu w końcu. – Zostaw to urzędnicze pieprzenie. Interesuje mnie twoja i tylko twoja opinia – W tych słowach nie było cienia kpiny. Marcin był współwłaścicielem firmy należącej do nich trzech. Jego słowo w tych sprawach liczyło się tak samo, jak Wiktora i Patryka.
- Moim zdaniem szkoda zachodu.
- To wracaj.
- Skoro już tu jestem, rozejrzę się na miejscu. Wpadło mi w oko coś innego...
- Chyba ktoś, a nie coś. Czy ty kiedykolwiek dorośniesz...?
- Wyobraź sobie, że mówię teraz o innej kamienicy sto razy lepszej niż ta twoja – obraził się Marcin. – Gdybym chciał iść w miasto, to powiedziałbym otwarcie, zostaję na noc zaszaleć tym razem w Krakowie, z dala od was dwóch.
- Okej, okej – odezwał się pojednawczo Wiktor, myśląc jednocześnie, że chyba naprawdę trzyma młodszych braci na zbyt krótkich smyczach.
Nigdy nie znajdą swoich wymarzonych miłości, jeśli on nie pozwoli im na poszukiwania. Marcin kilka razy odważył się przyprowadzić na wspólną kolację czy lunch potencjalną narzeczoną. Czekał potem na opinię starszego brata w takim napięciu, jakby Wiktor jednym słowem mógł przekreślić jego szczęście. I tak było. Nawet nie musiał nic mówić. Lekkie uniesienie brwi, niemal niezauważalne skrzywienie ust i dziewczyna więcej się nie pojawiała. Patryk nie odważył się przedstawić bratu jeszcze żadnej.
Ta myśl zmroziła Wiktora. Można być despotą, czy sadystą na wiele sposobów. Niekoniecznie trzeba brać do ręki pas albo kabel i bić do nieprzytomności. Ciągłe potępianie, poniżanie, czy podłe słowo boli czasem bardziej niż uderzenie.
- Oglądać tę kamienicę, czy nie? – przerywa mu te rozmyślania zniecierpliwiony głos młodszego brata. No tak, przecież nadal rozmawiają przez telefon.
- Obejrzyj i... wiesz co, dzieciaku? Wykorzystaj okazję, że faktycznie obaj jesteśmy daleko, i zabaw się w tym Krakowie. Gdyby cię przyskrzynili, masz prawo do jednego telefonu. Patryk cię wyciągnie.
- A ty swoje... – żachnął się Marcin, ale Wiktor mówi poważnie:
- Wystarczy, że ja w tym naszym popieprzonym trio nie potrafię korzystać z życia. Chociaż wy dwaj się tego nauczcie. Zaszalej, bracie, masz moje błogosławieństwo. Patrykowi, gdy tylko wróci, powiem to samo.
Po drugiej stronie zapadła na chwilę cisza, a potem odezwał się pełen zdumienia głos Marcina:
- Słyszycie to, niebiosa? Mój starszy brat normalnieje! Alleluja! Wypiję dzisiaj twoje zdrowie Wiktor. Twoje i Patryka. I...
- Pij do woli, bylebyś dożył do rana i wrócił w miarę cały do domu.
Rozłączył się i uśmiechnął. Chyba uszczęśliwił właśnie swojego młodszego brata. I to nie pozwoleniem na picie do rana, a... na normalność. Bo przystojny, wolny i bogaty facet w wieku Marcina to właśnie powinien robić po pracowitym dniu: dobrze się bawić, a nie udawać, że się dobrze bawi pod kontrolą wściekłego i znudzonego Patryka.
Wiktor nadal stał w oknie i patrzył przed siebie.
Jak można pomóc drugiemu z braci?
Patryk nie ustępował urodą i inteligencją Marcinowi, jeśli chciał, potrafił przyćmić ich obu krótką, celną ripostą, czy urokiem, ale tylko w biurze, czy w kancelarii prawniczej. Na co dzień był – do czego nie przyznałby się nawet na torturach – nieśmiały i wycofany. Zamknięty we własnym świecie, do którego nawet dwie najbliższe mu istoty, którym ufał bezgranicznie – jego bracia – nie mieli wstępu.
Marzył o tym samym, co oni: szczęśliwej, pełnej rodzinie. Żonie. Dzieciach.
Spotykał kobiety, to oczywiste, w pracy, na ulicy, w klubach, do których ciągnął go Marcin, jednak... Ciągle oceniał je oczami nie swoimi, a Wiktora. Co starszy brat powiedziałby o tej? A co o tamtej? Ta by się mu pewnie nie spodobała, zbyt wyzywająco ubrana, a ta ma za ostry makijaż, z tą zaś nie można porozmawiać o niczym więcej niż tipsach...
Wiktor potarł twarz. Boże, co on tym swoim dzieciakom zrobił?! Tak ich wytresował, że stali się jego kopiami, zamiast pozostać sobą! A przecież chciał ich przed tym ocalić! Pragnął tylko i wyłącznie ich szczęścia!
Opadł na kanapę pokonany przez samego siebie. Pod powiekami poczuł palące łzy. Strach przed miłością, czy raczej jej utratą, mimowolnie zaszczepił braciom. Nie kochaj, bo będziesz cierpiał. Ile mieli lat, gdy spotkał Gabrysię? Dwadzieścia trzy. Widzieli jego rozpacz. Widzieli, jak codziennie wychodzi w środku nocy, by chociaż spojrzeć w okna jej domu. Słyszeli jak czasami walił pięścią w poduszkę, albo dla odmiany wgryzał się we własną pięść, by powstrzymać szloch.
Taką miłość im obu pokazał.
Wpił palce we włosy. Wiedział, co powinien zrobić już dawno temu, tego dnia, kiedy wrócił od Antoniego Leszeńskiego i pierwszy i ostatni raz upił się do nieprzytomności, szlochając i bełkocząc coś bez sensu. Patryk i Marcin siedzieli przy nim do rana, przerażeni. Gdy się ocknął, jakimś cudem we własnym łóżku, nadal siedzieli wpatrzeni w jego półprzytomne oczy.
- On wrócił? – odważył się zadać pytanie Marcin.
Już wtedy, w tamtej chwili powinien odpowiedzieć: „Tak. Wrócił i przypieprzył mi, jak nigdy dotąd”. Ale skłamał. Dla ich dobra.
- Nie. Zerwałem z Gabryśką. Dajcie mi spokój.
Wstał, odepchnął ich i wyszedł.
Teraz przyszedł czas na wyznanie prawdy, albo zniszczy Patrykowi i Marcinowi życie. Musi się tylko zebrać w sobie. Musi się zdobyć na odwagę, by powrócić do tamtych dni, do samego początku, gdy oni mieli po pięć lat, a on leżał we krwi pośrodku pokoju i po raz pierwszy mówił bez słów swym braciom, skulonym pod łóżkiem niczym dwa przerażone króliki: „Milcz. Ani drgnij. Nie waż się nawet głośniej odetchnąć. Wytrzymaj. Milcz”.

sobota, 20 sierpnia 2016

Leśna Polana Odcinek 7

... w którym na Leśną Polanę zaczyna sobie ostrzyć zęby ktoś jeszcze. Pospiesz się, Majka!



Wiktor obudził się jak zwykle z samego rana. Puścił sygnał do braci, że już wstał i bierze się do pracy. Miał na oku pewną kamienicę w Krakowie i pałac, tutaj, w samym sercu Warszawy. Dlaczego nikt się tymi dwiema perełkami do tej pory nie zainteresował – nie miał pojęcia, ale się dowie.
Studiował uważnie dostępne na stronie Urzędu Miasta dokumenty i historię pałacu na Miodowej, gdy jako pierwszy wpadł do jego apartamentu Patryk.
- Cześć, bracie, masz coś dla mnie?
Tak jak Marcin lubił imprezować, Patryk kochał pracę. Rozwiązywanie szczególnie trudnych i zawiłych problemów prawnych sprawiało mu prawdziwą frajdę. Wiktor posłał mu uśmiech.
- Mam. Chodź i zobacz, jakie cudeńko.
Obaj pochylili się nad laptopem, oglądając pałac wystawiony na sprzedaż, za – bagatela – dwadzieścia milionów.
- Nawet jak Marcin starguje do piętnastu, drugie tyle trzeba będzie włożyć w remont i...? – Patryk zawiesił głos.
- I będziemy mieć pałac w Warszawie! – Wiktor klepnął go w plecy i roześmiał się serdecznie, widząc minę brata. – Pamiętasz tę pierwszą norę, w której zamieszkaliśmy po ucieczce?
Patryk kiwnął głową. Żadnej z nich nigdy jej nie zapomni, choć Wiktor zrównał ją z ziemią.
- A dzisiaj bracia Prado mogą sobie kupić pałac i mieszkać w pałacu na warszawskiej Starówce. Nie cieszy cię to?
- Wiesz, Wiktor... – zaczął Patryk, uważnie dobierając słowa – gdybyś robił to dla siebie, bardzo by mnie to cieszyło. Naprawdę. Ale ty robisz to na przekór  j e m u.
Uśmiech znikł. Czarne oczy, jeszcze przed chwilą błyszczące prawdziwą radością, zwęziły się lekko.
- Potępiasz mnie za to? – zapytał młodszego brata obcym, zimnym tonem.
- Nie! Skąd! Źle mnie zrozumiałeś! Życzę mu jeszcze gorzej, niż ty, bo ty przynajmniej raz mu oddałeś, ale chciałbym, byś ty, ty sam – dźgnął go w mostek - sprawiał radość sobie. Korzystał z życia, na które ciężko zapracowałeś, wydawał pieniądze, które ciężko zarobiłeś, kupował jachty, wille i pałace, żeby cieszyć siebie, a nie wkurzać jego. Rozumiesz?

piątek, 5 sierpnia 2016

Leśna Polana Odcinek 6...


...w którym wracamy do początku najpiękniejszej miłości.

Majka obudziła się z takim bólem głowy, jakby ją ktoś porządnie w nią zdzielił i może nawet tak było, bo krzywiąc się i zaciskając powieki od słońca świecącego prosto w oczy, wymacała na potylicy guza. Następnym po bólu wrażeniem, jakie dotarło do jej otępiałego umysłu był smród. Cały pokój – i ona sama – śmierdziały alkoholem, męskim potem i spermą. Zakrztusiła się własnym oddechem, spojrzała w bok i usiadła, zatykając usta dłonią, by nie zwymiotować. Na hotelowym łóżku spał rozwalony na wznak obleśny, otyły, zarośnięty jak zwierzę facet po pięćdziesiątce, z wielkim brzuszyskiem i małym nic między nogami.
- Jezu – sapnęła, poderwała się i rzuciła do łazienki. W ostatniej chwili zdążyła się pochylić nad ubikacją.
Wymiotowała tak strasznie i tak długo, jakby żołądek chciał się wynicować na drugą stronę. Podniosła się w końcu z kolan, na miękkich nogach podeszła do umywalki, by opłukać twarz zimną wodą, spojrzała mimowolnie w lustro i... zamarła. Patrzyły na nią półprzytomne, przekrwione, okolone rozmazanym makijażem oczy starej, zmęczonej życiem, przechodzonej dziwki. Tylko, że dziwka brała przynajmniej za takie upodlenie pieniądze. Ona, Majka, robiła to za friko.
- Coś ty z siebie zrobiła? – wyszeptała, przerażona.
Nie pamiętała, jak znalazła się w tym hotelu, jak, z kim i kiedy wyszła z klubu. Miała nadzieję, że tylko z tym obleśniakiem. Że nie zaliczyli jej jeszcze jego kumple...
Boże jedyny, jak nisko upadła...
Raz jeszcze spojrzała sobie prosto w oczy, wypełniające się powoli łzami.
- Kończysz z tym, idziesz na terapię, albo... kończysz ze sobą.
Odwróciła twarz z odrazą. Weszła pod prysznic i szorowała ciało do bólu dotąd, aż nie czuła już smrodu tamtego faceta. Wróciła do pokoju. Jej śliczna włoska sukienka wyglądała jak psu z gardła wyjęta. Paseczki podtrzymujące ją na ramionach były pęknięte i śmierdziała, jak cały pokój, ale Majka nie miała się w co przebrać. Znalazła bolerko, dziękując Bogu, że je zabrała, nałożyła szpilki, których jeden obcas był złamany, wyciągnęła spod łóżka torebkę, sprawdzając, czy portfel i telefon są na miejscu, po czym wymknęła się z pokoju niczym złodziej, by przypadkiem nie obudzić tego faceta.