piątek, 25 listopada 2016

Leśna Polana Odcinek 14...



 ...w którym Wiktor we wspomnieniach wraca do trudnej przeszłości...

Wiktor szedł Krakowskim Przedmieściem, jak zawsze oczarowany urokiem tej ulicy, zastanawiając się – trochę ze smutkiem, trochę z rozbawieniem – czy Patryk z Majką są już zalani w trupa, czy jeszcze nie. On już by chyba był. Gdy znalazł dokumenty na temat Adolfa Kuchty, i to jeszcze sprzed „kariery” na Rakowieckiej, gdy wyobraził sobie, co ta bestia wyrabiała na Wołyniu, do czego to bydlę jest zdolne, dziwił się – naprawdę się dziwił – że on i jego bracia uszli z jego łap cało. Dla „Hitlerka” chwycenie dziecka za nóżki i rozbicie mu główki o ścianę było jak szklanka bimbru na dobry koniec nocy „riezania Lachów”…
Tak, gdyby miał teraz o tym opowiadać pięknej dziewczynie, jaką była Majka Trojanowska, już byłby po kilku głębszych.
Majka Trojanowska… Ciekawe, dlaczego stanęła na jego drodze. Ognista brunetka o pięknych fiołkowych oczach i ciele modelki… Oczywiście, że wzbudziła w nim pożądanie, był przecież normalnym mężczyzną, który długo, już zbyt długo nie miał kobiety, ale Wiktor Prado potrafił panować nad pożądaniem, szczególnie gdy tak blisko, być może tuż, tuż, była miłość jego życia. Gabrysia Leszeńska. Nie poszedłby do łóżka z dopiero co poznaną kobietą, do której nie czuł nic więcej niż pociąg fizyczny, a tym bardziej nie zaliczyłby przyjaciółki Gabrieli.
Był piękny, ciepły, lipcowy wieczór. Zbliżał się do domu, w którym mieszkał jego serdeczny przyjaciel. Jeden z niewielu, jakich miał w tym mieście. Jeden z niewielu, jakich w ogóle miał.
Spotkali się po raz pierwszy, gdy Wiktor miał trzynaście lat, a bliźniaki po pięć. Tak… to wtedy wszystko się zaczęło…

środa, 9 listopada 2016

Leśna Polana Odcinek 13...

w którym Los odmienia się w jednej chwili...


Przyszli po niego we dwóch, pewni, że więzień nie będzie w stanie się opierać. Mieli rację.
– Na L… – warknął klawisz, który w duchu od lat podziwiał młodego chłopaka, że po tylu przesłuchaniach u „Hitlerka” nadal się trzyma. Nadal żyje. Zresztą „Wilczek” już dawno w X Pawilonie stał się legendą hartu ducha i nieugiętości. Bez względu na to, w jakim stanie wrzucano go do celi, czy miał połamane nogi, czy powyrywane paznokcie, zawsze powtarzał, gdy już mógł choć szeptać: „Nie podpisałem”.
– Na L… – warknął powtórnie, gdy odpowiedziała mu cisza.
– On nie jest w stanie odpowiedzieć – rzekł któryś z więźniów z gniewem. – Wczoraj przynieśliście go z karceru. Wykończcie go wreszcie, skurwysyny, bo ten chłopak nic wam nie zawinił. Oprócz tego, że kopnął między nogi jednego z was!
– Zabieramy go na rozprawę, nie na przesłuchanie – odparł klawisz, nagle pokorniejąc. Czasy się zmieniają, być może kiedyś to jego będą wywoływać.
– To go zabierajcie! – krzyknął ten sam głos. – Nie jest w stanie ustać na nogach!
Dwóch eskortantów weszło do celi, spoglądając ponuro na pozostałych więźniów, wzięło Antka pod pachy i wywlekło go na korytarz. Ich też przeraził stan więźnia. Jeszcze parę tygodni temu wyglądał na swoje dwadzieścia jeden lat. Owszem, wynędzniały, chudy, wykończony torturami, ale czarnowłosy młody chłopak… Teraz wlekli przed oblicze sądu siwowłosego starca u progu śmierci…
– Z Bogiem, Antoś! – rozlegały się szepty.
– Niech cię Bóg błogosławi – ktoś z sąsiedniej celi mówił łamiącym się głosem.
Rozprawa sądowa była końcem wszystkiego. Część otępiałego mózgu chłopaka to właśnie mu podpowiadała. Był pewien, że dostanie wyrok śmierci, i modlił się o nią.
Jego koszula nasiąkała powoli krwią z niezliczonych ran, zadanych szkłem karceru. „Niech to się skończy” – tylko o to błagał Boga…
Wprowadzono go, czy raczej wciągnięto, bo ledwo poruszał nogami, do celi nieco większej niż ta, którą przez trzy lata dzielił ze współwięźniami, współbraćmi. Rozbiegany wzrok – po miesiącu w karcerze nie mógł skupić spojrzenia – spoczął na trzech siedzących za biurkiem mężczyznach. Jeden w mundurze, kapitan, dwóch bez stopni: protokolant z niezbyt grubą teczką pod ręką i jakiś cywil po lewej, na specjalnie dostawionej ławce. Więźnia ciśnięto, bo raczej nie posadzono, obok tego drugiego.
– Jestem pana obrońcą z upoważnienia… Jana Nowaka. Stefan Jacki – wyciągnął do Antka dłoń i widząc, w jakim jest stanie, uścisnął ją delikatnie, z mimowolnym szokiem w oczach.
Kapitan, będący widać sędzią, rozparł się pośrodku stołu i uśmiechnął wrednie.
– No i jak pan zgaduje, majorze Leszeński, czapa czy dożywocie?
Antek uniósł nań udręczone spojrzenie.
– Nie jestem majorem – wyszeptał. – Antoni Leszeński, lat dwadzieścia jeden, łącznik bez stopnia, syn majora Alojzego Leszeńskiego.
Wszyscy – oprócz obrońcy, bo ten wiedział wszystko – wytrzeszczyli nań oczy.
Sędzia spojrzał w akta…
– Tu stoi: „Major Alojzy Leszeński, syn Leopolda, lat czterdzieści sześć, dowodzący w Powstaniu Warszawskim oddziałem »Zygmunt«”. Co mi tu pierdolicie o jakimś Antonim?!
Antek spróbował wstać. Jacki podtrzymał go, by mógł mówić:
– Mój ojciec, major Leszeński, pierwszego dnia przesłuchań został zamordowany przez „Hitlerka” ciosem w krtań. Ja jestem synem majora, Antonim. W Powstaniu byłem łącznikiem ojca. Nie brałem udziału w walkach ani w żadnych ruchach antypolskich po wojnie. – Nie miał pojęcia, skąd bierze się w nim siła, by stać prosto i wypowiadać te słowa, ale zaciskająca się na jego łokciu dłoń obrońcy prosiła, wręcz nakazywała: „Mów, chłopcze. W tych słowach twoja nadzieja”.
Nagle mecenas Jacki, milczący dotąd, poderwał się:
– Czy mam rozumieć, że od trzech lat przetrzymujecie i torturujecie tutaj niewinnego człowieka?! Bo nie wmówi mi pan, kapitanie, że ten dwudziestojednoletni, jak się okazuje, chłopak osiwiał z miłości?! Jeszcze wczoraj był w karcerze, przetrzymywany tam miesiąc! I dziś dowiadujemy się, że macie przed sobą akta nie jego, a majora Leszeńskiego?! Ojca tego chłopaka? Chłopaka, który był zwykłym czternastoletnim powstańczym łącznikiem?! Za to w Polsce Ludowej dajcie karę śmierci?!
Kapitan poczerwieniał na twarzy. Na szyi zaczęły pulsować mu żyły.
– Przerywam posiedzenie, co wyjaśnienia sprawy. Sprowadźcie mi tu „Hitler…”, to znaczy Józefa Kuchtę.
Antek wraz z obrońcą zostali wyprowadzeni na zewnątrz.
Po kilku minutach minął ich, omiatając nienawistnym spojrzeniem, „Hitlerek”.

Leśna Polana Odcinek 12...

o ludzkim okrucieństwie i nadludzkiej woli przetrwania...


Antoni stał w mroku niewielkiego, dusznego pomieszczenia, niemal wtulony w zamknięte za plecami drzwi i z rosnącym przerażeniem patrzył na zbliżające się ku niemu monstra prosto z dziecięcych koszmarów. Bo to może byli jeszcze ludzie, ale… chudzi jak szkielety, obdarci, zarośnięci i przede wszystkim cuchnący niedomytymi ciałami, sprawiali wrażenie chodzących trupów.
– Z kim mamy przyjemność? – zagaił cichym, starczym głosem najbliższy z nich. – Tylko szeptem, proszę. Za zakłócanie ciszy nocnej cała cela stoi do rana na baczność.
Antek kiwnął głową. Nie miał nadziei, że wśród tej bandy kryminalistów – był bowiem pewien, że ma przed sobą najgorszych zbrodniarzy – dożyje rana.
– Jestem Antek Leszeński – wyszeptał.
Żaden z nich się nie poruszył. Nic nie wskazywało na to, że jego nazwisko cokolwiek tu znaczy.
– Coś młodo kolega wygląda. Za co cię wsadzili, bo za konspirę na pewno nie…
– Mam osiemnaście lat i nie wiem, dlaczego tu jestem. W Powstaniu byłem łącznikiem mojego ojca, nie nawojowałem się zbyt wiele, biegając kanałami w tę i we w tę. Po Powstaniu wróciłem ze stalagu i wziąłem się do uczciwej pracy, żeby utrzymać matkę. Nie wiem, za co mnie zgarnęli…
– Może my się zaraz dowiemy – wyszeptał tajemniczo jeden z więźniów, podszedł do rury kanalizacyjnej, biegnącej od ubikacji w górę i zaczął szybko, ale cicho w nią stukać. Antek patrzył na to oczami rosnącymi ze zdumienia i niedowierzania.
– Antek Leszeński, syn majora Leszeńskiego? – zapytał nagle tamten.
Chłopak skinął głową.
– Wszystko się zgadza, synku – dodał mężczyzna głosem, w którym nagle zabrzmiała serdeczność. – To nie kapuś. „Biały” potwierdził, że mieli w oddziale dzielnego czternastoletniego łącznika, syna majora. Czekajcie… – urwał nagle, znów przykładając ucho do rury. Słuchał w skupieniu. Uniósł nagle brwi, patrząc na chłopaka, a potem twarz rozpromienił mu uśmiech od ucha do ucha.
Podszedł do Antka i uścisnął go serdecznie.
– Musisz wiedzieć, chłopcze, że twojemu ojcu podczas pierwszego przesłuchania niejaki „Hitlerek” zmiażdżył krtań, bo major Leszeński ośmielił się mu postawić. A wy, koledzy, musicie wiedzieć, że ten oto Antoni Leszeński, syn majora, dziś kopem między nogi powalił „Hitlerka” na kolana. Ta wiadomość obiega właśnie cały X Pawilon, wszyscy radują się, jakby dostali prezent gwiazdkowy. To ubeckie bydlę choć raz poczuło, co to znaczy ból. „Biały” prosi, byśmy się tobą zaopiekowali, synku, bo… będzie bardzo ciężko. „Hitlerek”, chyba najgorszy sadysta w tym przybytku, nie daruje ci tego.
Co do tego Antek nie miał wątpliwości. Nie wiedział jednak – choć już niebawem miał się dowiedzieć – co w więziennym żargonie znaczy „bardzo ciężko”…
– Pozwól, że dokonam szybkiej prezentacji, zanim klawisz zacznie walić kluczem w drzwi.
Nie zdążył.
Po drugiej stronie rozległy się ciężkie kroki, zgrzytnął zamek. Wszyscy więźniowie poderwali się na baczność i stanęli pod ścianą.
W otwartych drzwiach stanął ponury dryblas i warknął:
– Na L…
Nikt się nie odezwał.
– Na L…, gnoju! – wrzasnął, patrząc na Antka. Ten domyślił się, że wywołują po pierwszej literze nazwiska.
– Leszeński Antoni – powiedział i dał krok wprzód, czując jak gardło zaciska mu się ze strachu.
– Odwróć się. – Klawisz skuł go z powrotem, choć ramiona chłopaka nadal rwały bólem. Szarpnięciem postawił go przed sobą i zmierzył od stóp do głów małymi, świńskimi oczkami, uśmiechając się przy tym obleśnie. – Idziemy – wypchnął chłopaka z celi.
Antek zdążył jeszcze usłyszeć, jak któryś z więźniów szepce:
– Z Bogiem, chłopcze.
Drugi:
– Trzymaj się.
Po czym dostał pięścią w ucho, aż się zatoczył, i nic już nie słyszał. Tylko brzęczenie klucza o kraty. Znak dla innych klawiszy, że korytarzem prowadzony jest więzień.
Wepchnięto go do małego pokoju bez okien, gdzie rozwalony za biurkiem spoczywał oficer śledczy. Józef Kuchta, który mimo pięknego nazwiska i jeszcze piękniejszego imienia i tak wszystkim znany był jako „Hitlerek”.
Antek zatrzymał się po środku pokoju, tam, gdzie mu kazano.
– To co, chłopcy, najpierw zadbamy, żeby takie gestapowskie, burżuazyjne gówno nigdy nie spłodziło sobie podobnych, a potem zostawicie nas samych? – zagaił Kuchta do eskortanta, który przyprowadził Antka i drugiego, który tkwił przy maszynie do pisania, gotów spisywać zeznania.
Obaj poderwali się ochoczo.
Antoniemu serce podeszło do gardła, ale przyrzekł sobie, że nie da tym bydlakom, tym sadystom satysfakcji. Że dopóki będzie mógł… Ale na to, co zaraz miało się stać, nie był przygotowany…
Jeden zerwał mu spodnie, potem slipy. Nadal skutego oprowadzili dookoła biurka, za którym jeszcze przed chwilą królował „Hitlerek” i nagle… Antek zrozumiał, co za chwilę mu zrobią. Zacisnął powieki, modląc się gorąco do Boga o szybką śmierć.
Oprawcy pieczołowicie umieścili jego genitalia tam, gdzie trzeba, a potem „Hitlerek” strzelił szufladą z całej siły. Antek poczuł taki ból, jaki zdarza się raz w życiu i osunął się bez przytomności na podłogę. Nie wiedział, że tego bólu zazna jeszcze wiele, wiele razy…
Ocucili go wiadrem lodowatej wody.
Gdy odzyskał zmysły, siedział przywiązany do oparcia krzesła. Przez chwilę miał nadzieję, że to koniec, że takiego bólu nikt nie zniesie. Mylił się. Prawdziwe cierpienie, zadawane powoli, z premedytacją i lubością, było dopiero przed nim.
Żarówka świeciła prosto w załzawione oczy.
– Zostawcie nas – usłyszał i mimo wszystko zatęsknił za obecnością ludzi. Nie chciał zostawać sam na sam z tą bestią.
Drzwi trzasnęły głucho. Nagle poczuł przy swojej twarzy odór jego oddechu.
– A teraz słuchaj, gnoju, bo powiem ci coś, o czym nie wie nikt więcej, a nawet jeśli się od ciebie dowie, to nie będzie to miało dla wymiaru sprawiedliwości żadnego znaczenia. Ty, jako Antoni Leszeński, nie istniejesz, rozumiesz? Nie ma cię w aktach bezpieki. Już ja się o to postarałem. Za to, co zrobił twój ojciec – kazał mi, oficerowi śledczemu, wstać, jak mówię do niego, oficerka bandyckiej AK – a szczególnie za to, jak skompromitowałeś mnie w X Pawilonie, postanowiłem odpłacić ci osobiście. Będę cię uczył pokory, będziesz błagał o śmierć dotąd, aż wspaniałomyślnie się nad tobą, wszarzu, ulituję i przetrącę ci kark albo krtań jak temu bandycie, twojemu ojcu.
– Mój ojciec był patriotą. To ty jesteś bandytą – wychrypiał Antek, mimo że każde słowo skręcało jego wnętrzności w węzeł bólu. – Nawet jeśli na tym świecie nie ma sprawiedliwości i takie bestie rządzą tym chorym krajem, to jest jeszcze Tamta sprawiedliwość, a przed nią i ty kiedyś staniesz.
– A zakładamy się, gnoju, że mi włos z głowy nie spadnie i w dostatku dożyję późnej starości, a ty sczeźniesz tutaj, pod moim biurkiem, gdy zdecyduję, że mam cię dosyć, i nikt nigdy nie dowie się nawet, kiedy zdechłeś i gdzie zostałeś pochowany? Jak twój ojciec, gnijący gdzieś w bezimiennym dole? Nie ma żadnej innej sprawiedliwości, żadnego Tam. Jesteśmy teraz i tutaj, my dwaj. I zaczynamy zabawę. Kim chcesz zostać w przyszłości?
Antek spodziewał się każdego pytania, ale nie takiego. Zamrugał, by choć na chwilę żarówka rażąca prosto w twarz, dała odpocząć umęczonym oczom.
– Mam zdolności językowe. Chcę zostać tłumaczem – odparł.
– Musisz więc pisać na maszynie – zauważył Kuchta podejrzanie łagodnym tonem.
– Umiem pisać szybko i bezwzrokowo.
– Umiałeś – zaśmiał się „Hitlerek” i dodał zupełnie innym tonem: – Już nigdy nic nie napiszesz.
Antek po chwili zrozumiał swój błąd, ale było za późno. Na wszystko, oprócz śmierci, było za późno.
Tamten zgasił żarówkę, świecącą więźniowi w twarz, tylko po to, by ów widział, co oprawca będzie robił. A ten chwycił Antoniego za rękę, oparł ją o kant biurka i choć ten bronił się i wyrywał, zaczął młotkiem łamać mu po kolei wszystkie palce.
Antoni krzyczał. Choć przyrzekał sobie, że zniesie tortury z godnością, ból był nie do wytrzymania. Palec po palcu. Dziesięć uderzeń. Gdy nastąpiło ostatnie, opadł na oparcie krzesła, pewien, że to koniec. Że to bydlę, ten sadysta, da mu spokój. Lecz Kuchta słynął z tego, że potrafił bić tak, aby prawie zabić. Przytrzaśnięcie jąder szufladą, połamanie palców – to jeszcze nie zagrażało życiu.
Zgruchotana dłoń więźnia, który był jeszcze chłopcem, miał dopiero osiemnaście lat i nie uczynił tej parszywej macosze ojczyźnie nic złego, znów powędrowała na biurko. W dłoni oprawcy pojawiły się szczypce, zacisnęły na pierwszym paznokciu i szarpnęły. Antek zemdlał powtórnie.
Ocucono go wiadrem zimnej wody.

wtorek, 8 listopada 2016

Jest! Teledysk do "Leśnej Polany"!




"Jestem tu, będę czekać, wierz mi" z dedykacją dla Was, moje wierne, kochane, wspaniałe Czytelniczki.
A jutro... dwa obiecane odcinki.

I słowa (żebyście mogły sobie ze mną śpiewać)


Pamiętasz, jak całkiem niedawno

Pełen  pięknych marzeń był twój świat

Wierzyłaś w to, że się spełnią

Twoją drogą była droga do gwiazd

Tak łatwo się zgubić, gdy mrok zapada

Lecz choć zgaśnie światło dnia,

Jestem tu, będę czekać wiernie

Znajdziesz mnie w swoich snach.



Wybór nie zawsze jest prosty,

Kiedy nie wiesz, kto przyjaciel, kto wróg

Kto poda ci dłoń serdeczną,

A kto wskaże najmroczniejszą z dróg

Lecz słuchaj serca, ono powie ci prawdę

I znów odnajdziesz światło dnia

Jestem tu, wciąż przy tobie, wierz mi

Znajdziesz mnie w swoich snach



Urodziłaś się po to, by marzyć,

Urodziłaś się po to, by śnić

I choć droga przed tobą jest długa i trudna

Trzeba wstać, być wierną, iść

Trzeba wstać, być wierną, iść



Czasem trzeba zacząć od nowa

Chociaż brak jest ci wiary i sił.

Choć myślisz, że straciłaś już wszystko,

Noc nie skończy się, nie wstanie już świt

Lecz w głębi serca odnajdziesz nadzieję,

Tam płonie najjaśniejsza z gwiazd

Wrócisz tu, gdy zatęsknisz do mnie

Czekam gdzieś w twoich snach.
Czekam gdzieś w twoich snach...


niedziela, 6 listopada 2016

Za dwa dni przygotujcie się na jazdę bez trzymanki...

... bo zostaną opublikowane w dniu premiery dwa kolejne odcinki.

Dałyście mi do myślenia. Pierwsze recenzje dały mi do myślenia. Dlaczego tak bardzo przeżywacie sceny z katowni na Rakowieckiej, skoro książek biograficznych, historycznych i autobiograficznych było na ten temat sporo.
Właściwie każdy wiedział, ale się o tym nie mówiło.
Myślałam, myślałam i wymyśliłam...
Otóż "Leśna Polana", czy parę jej rozdziałów opisujących znęcanie się nad więźniami, a potem nad dziećmi jest oparta na faktach, na tych właśnie wymienionych powyżej książkach, ale... ma jedno ale...
Książki historyczne, czy pisane przez ofiary po latach, gdy już można było o tym pisać, trzymają dystans. Historyków nie obchodzą uczucia, tylko fakty, a katowani nie chcą o swoim bólu, rozpaczy, beznadziei i chwilach poddania się - "niech to się wreszcie skończy", "nie ratujcie mnie" - wspominać. To dla nich zbyt bolesne, oni nigdy tego nie zapomną.

Ja zaczęła zapoznawać się z tym tematem dzięki jednej cienkiej książecze, wspomnieniach więźnia X Pawilonu, spisanych po latach. Nie ma tam właściwie drastycznych opisów, bo nie zafundowali mu "ciężkiej obróbki", siedział w celi - w warunkach urągających wszelkiemu humanitaryzmowi - cztery lata. Przez cztery lata nie widział słońca, nie wiedział za co siedzi i czy na koniec dostanie 25 lat, czy czapę, jak reszta jego towarzyszy.

Przeczytałam tę książeczkę i... pierwszą myślą było "to niemożliwe". Powinnam była przeczytać drugi raz, żeby się upewnić, że owszem bezczelność, bezkarność, okrucieństwo i sku...syństwo ubeków, tych przemalowanych polaków, którzy znęcali się nad Polskimi Patriotami było jak najbardziej prawdziwe, robili to co robili z przyjemnością i bez przymusu. Oni to LUBILI. Nikt ich do zawodu kata, oprawcy, nie zmuszał.

Ze dwa dni leżałam gapiąc się w sufit i zastanawiając, jak ja to opiszę. Potem doszły następne książki: "Bestie. Mordercy Polaków", dwa opracowania z nieludzkich tortur i morderstw na gen. Nilu i rtm. Pileckim. Nie pamiętam już gdzie przeczytałam - a nie robiłam notatek ani nie chciałam wracać do lektury tych potworności, by to potwierdzić - że na przesłuchania przychodziła pani prokurator, o której sami ubecy mówili, że jest zboczona, a która z sadystyczną przyjemnością kastrowała więźniów szufladą. Przeczytacie o tej metodzie.......

Teraz wracam do mojej książki. Dlaczego jest tak wyjątkowa i dlaczego ją tak przeżywacie, BO JEST TO PIERWSZA ZBELETRYZOWANA POWIEŚĆ O TAMTYCH WYDARZENIACH.
Bo opisałam w niej to, czego nie ma w opracowaniach. EMOCJE. To co przeżywa zdegenerowany do cna kat i to co przeżywa jego ofiara. Niewinny, osiemnastoletni chłopak.

Tak więc już 9 listopada chwytam Was za rękę i zabieram na samo dno piekła. Trzymajcie się. Poznacie prawdę w najbardziej przerażający i autentyczny sposób.
Tak było.

A tu ta właśnie książka. Niepozorna. Niespecjalnie drastyczna, a jednak wywróciła mój światopogląd i moje życie do góry nogami. Powinnyście ją zdobyć i przeczytać.


PS. Ostatnio za znęcanie się na AK-owcami zapadły dwa wyroczki. Reszta bandziorów ma się dobrze. Emeryturki takie, że tylko pozazdrościć. Dzieci i wnuki ustawione na resztę życia. Skąd ja to znam? Aha, z Wołynia. Tamci rzeźnicy też nigdy nie zostali osądzeni, ich dzieci dorabiają sobie u nas, a ich wnukom my, Polacy, fundujemy stypendia na polskich uczelniach i 900 zł kieszonkowego. https://emn.gov.pl/esm/aktualnosci/11915,Nowy-program-stypendialny-dla-studentow-z-Ukrainy.html
Naprawdę wierzę, że na TYM świecie zło wygrywa, ale na TAMTYM dopadnie ich w końcu jakaś sprawiedliwość...